„Idziesz do szkoły muzycznej, kropka”. Nieszablonowa droga muzyczna Stanisława Rzepieli
23 maja, 2025
23 maja, 2025
Rozmawia Zuza Hanusz-Zielińska (Fundacja Czułej Sztuki)
Zuza Hanusz-Zielińska: Chciałabym dziś przedstawić wam nie tylko naszego kolegę, ale przede wszystkim wyjątkowego muzyka — kompozytora, dyrygenta, artystę wielu dziedzin, pana Stanisława Rzepielę. Z wykształcenia skrzypek, współpracuje m.in. z Filharmonią Krakowską, teatrem Loch Camelot oraz Radiem Kraków. Staszku, twój dorobek artystyczny jest naprawdę imponujący. Mam nadzieję, że dziś opowiesz nam trochę o swojej drodze — może zainspirujesz kogoś, kto marzy, by zostać dyrygentem czy kompozytorką. Jeszcze raz — cieszę się, że jesteś z nami i dziękuję, że przyjąłeś zaproszenie. Zacznijmy od początku: skąd w ogóle pomysł, by zająć się muzyką?
Stanisław Rzepiela: Przede wszystkim — dzień dobry, kochani. Bardzo się cieszę, że mogę tu dziś być, zwłaszcza że to zaproszenie przyszło od koleżanek z czasów szkolnych. A jak to się zaczęło? Bardzo zwyczajnie. Tak jak wielu z was — poszedłem do szkoły muzycznej pierwszego stopnia i… tak już zostało. Moja mama, która sama ukończyła szkołę muzyczną, postawiła sprawę jasno: „Idziesz do szkoły muzycznej, kropka”. No i poszedłem.
Zuza: Grała na skrzypcach?
Stanisław: Nie, na fortepianie. I to był pierwszy moment niepewności. W formularzu rekrutacyjnym mama wpisała: „skrzypce lub fortepian — do decyzji komisji”. Komisja spojrzała na moje dłonie, pokiwała głową: skrzypce. I tak już zostało. Choć, prawdę mówiąc, zawsze czułem się bardziej „fortepianowy”. Ale nie żałuję. Gdyby nie skrzypce, nie byłbym dziś w stanie pisać aranżacji z prawdziwym zrozumieniem — skrzypce dały mi inny punkt widzenia, głębszy kontakt z instrumentem.

Zuza: Czyli zaczynałeś od skrzypiec, ale rozumiem, że w pewnym momencie to już ci nie wystarczało?
Stanisław: Tak, dokładnie. Powiem to z lekkim przymrużeniem oka — ja nigdy tak naprawdę nie czułem się skrzypkiem. Nie marzyłem o byciu solistą czy członkiem orkiestry. Miałem kolegów i koleżanki, którzy grali znacznie lepiej ode mnie. Ale muzykę kochałem — i to niekoniecznie tę zamkniętą w instrumencie. Zacząłem się interesować muzyką jako zjawiskiem, jako przestrzenią do tworzenia, a nie tylko do wykonywania.
Zuza: Robiłeś szkołę muzyczną drugiego stopnia w trybie popołudniowym. Czy już wtedy wiedziałeś, że muzyka to będzie twoja droga zawodowa?
Stanisław: Absolutnie nie. Gdy kończyłem podstawówkę, miałem dwie zupełnie inne wizje: albo polonistyka, albo szkoła teatralna. Na pewno nie muzyka. A już na pewno nie kompozycja! Pamiętam, jak w pierwszym stopniu na kształceniu słuchu mieliśmy zadanie: dokomponować drugi głos. Siedziałem przy pianinie wściekły, mówiąc: „Nigdy w życiu nie będę kompozytorem, nie ma takiej opcji”. A z drugiej strony — podobno jako czterolatek biegałem po domu i machając rękami, wołałem, że będę dyrygentem. Więc coś się jednak spełniło.
Zuza: No właśnie — najpierw poszedłeś na kompozycję czy dyrygenturę?
Stanisław: Najpierw na kompozycję. Paradoksalnie! Gdy już postanowiłem iść na akademię, przeczytałem wymagania na dyrygenturę i pomyślałem: „Nie dam rady, to za trudne”. A kompozycja… cóż, po pierwszym roku drugiego stopnia chciałem w ogóle zrezygnować. To był jedyny raz, kiedy mama delikatnie zasugerowała: „Może jeszcze spróbuj przez rok?”. Zgodziłem się. I to był przełom.
Zuza: Co się wtedy wydarzyło?
Stanisław: Mieliśmy sprawdzian ze znajomości utworów. Pamiętam — był maj albo czerwiec. Słuchałem Symfonii fantastycznej Berlioza i… w piątej części coś się we mnie przestawiło. Pomyślałem: „To jest genialne”. W następnym roku zacząłem pisać swoje pierwsze utwory. I już zostało.
Zuza: Niesamowite. Ale rozumiem, że twoje pasje teatralne i polonistyczne też znalazły swoje miejsce?
Stanisław: Zdecydowanie tak. Nie wiem, czy słyszeliście o teatrze Loch Camelot albo o Auxilium. To miejsce w samym centrum Krakowa, przy ulicy Świętego Tomasza — zaułek, który przez artystów został nazwany Zaułkiem Niewiernego Tomasza. Kiedyś był to kabaret literacki, dziś bardziej teatr. Trafiłem tam jeszcze jako nastolatek, a z czasem coraz bardziej się angażowałem — śpiewałem, grałem, próbowałem aktorstwa. I zostałem do dziś.
Zuza: A chór Auxilium? Opowiesz o nim coś więcej?
Stanisław: Jasne. Prowadzę ten chór od pięciu lat. Moim celem od początku było jedno: żeby to nie był „zwykły” chór. Chciałem pokazać, że śpiewanie w chórze nie musi być nudne ani męczące. Łączymy muzykę z teatrem, tworzymy sceniczne formy, eksperymentujemy. To trochę na pograniczu koncertu i spektaklu — i chyba właśnie dlatego tak dobrze się tam odnajduję.
Zuza: Jasne. To w takim razie wyobraźmy sobie, że ktoś z uczestników naszych warsztatów myśli: „Chcę skomponować coś swojego. Mam tę wizję, ten impuls, ale nie wiem, od czego zacząć. Wziąć zeszyt nutowy? Otworzyć Score czy Abletona i pójść w stronę elektroniki? A może zgłosić się do kogoś?” Co byś poradził komuś, kto ma w sobie to pragnienie, ale nie wie jeszcze, co z nim zrobić?
Stanisław Rzepiela: Po prostu… usiąść i napisać.
Zuza (śmiech): Usiąść i napisać.
Stanisław Rzepiela: Tak. Łatwo powiedzieć, ale serio – największą blokadą jest po prostu zaczęcie. Ja osobiście nauczyłem się komponować jeszcze przed studiami. Pisałem, próbowałem, zmieniałem, szukałem. Najpierw tylko na papierze, przy fortepianie – co nie było łatwe, bo jestem skrzypkiem. Ale dzięki tym próbom i błędom powoli budowałem swój warsztat.
Zuza: Czyli teoretyczne przedmioty też warto szlifować, zwłaszcza na drugim stopniu?
Stanisław Rzepiela: Zdecydowanie. I zawsze będę to powtarzał. Zasady muzyki, kształcenie słuchu – to jest absolutna podstawa.
Zuza: Nawet te słynne dyktanda?
Stanisław Rzepiela: Zwłaszcza dyktanda. Wiem, że to zmora, ale staram się odczarowywać kształcenie słuchu. Kompozytor tak naprawdę pisze dyktando ze swojej głowy – słyszy coś wewnętrznie i musi to zapisać. Jeśli nie opanuje tego narzędzia, to każda próba zapisania pomysłu staje się męczarnią.
Zuza: Czyli to są przedmioty bardzo praktyczne, zawodowe – może zbyt mało się to podkreśla.
Stanisław Rzepiela: Dokładnie. Weźmy przykład: kiedy pisałem aranżację utworu Sanah, nie miałem żadnych nut, tylko nagranie. Musiałem wysłyszeć, co się tam dzieje – akordy, melodie, instrumentacja. To nic innego jak rozbudowane dyktando.
Zuza: A kiedy piszesz swoje autorskie rzeczy – to bardziej praca rzemieślnicza czy jednak inspiracja, natchnienie?

Stanisław Rzepiela: Zdecydowanie rzemiosło. W tym dobrym sensie. Strawiński też mówił, że kompozytor to rzemieślnik. Jeśli ktoś czeka na natchnienie – to się po prostu nie uda. Kompozycja to narzędzia, umiejętność świadomego budowania efektu. Próbuję jednego, nie działa – szukam dalej. Wiem, co chcę osiągnąć i jakie mam możliwości.
Zuza: Tak, to jak jeden z profesorów dyrygentury mówił: „Na akademii dajemy wam narzędzia. A czy będziecie śrubę przykręcać młotkiem – wasza sprawa. Ale wiecie, co do czego służy.”
Stanisław Rzepiela: Dokładnie. To warsztat, który pozwala nie błądzić w ciemno.
Zuza: A jednak często się zapomina, że dyrygenci i kompozytorzy to nie tylko natchnieni artyści, ale też osoby, które wykonują bardzo konkretną, intelektualną pracę.
Stanisław Rzepiela: Zgadzam się. Bez pomysłu nic nie zrobisz, ale bez warsztatu – nie zrealizujesz żadnego pomysłu.
Zuza: To teraz pytanie może oczywiste, ale jednak ciekawe: po co orkiestrze dyrygent? Przecież są nuty, tempo – można powiedzieć „raz, dwa, trzy, cztery” i grać.
Stanisław Rzepiela: Jasne – są zespoły kameralne, które grają bez dyrygenta. Więc… można by powiedzieć: po nic. Ale serio – dyrygent nie jest od pokazywania „raz, dwa, trzy”. Orkiestra, nawet szkolna, może zagrać bez dyrygenta. On jest po to, żeby pokazać jak grać. Nadać muzyce sens, emocje, kierunek. Żeby coś się wydarzyło – dla muzyków i dla publiczności.
Zuza: To jest bardzo prawdziwe. W orkiestrach, w których grałam, wiele zależało nie od tego jak ktoś pokazywał, tylko kim był i jaką energię wnosił.
Stanisław Rzepiela: No właśnie. Zresztą, polecam wpisać w internet „conducting with the eyes” i poszukać Leonarda Bernsteina. Jest taka słynna scena, jak dyryguje Haydnem – i w pewnym momencie nie rusza już rękami, tylko oczami i mimiką prowadzi orkiestrę. To jest właśnie to: dyrygent pokazuje sens, emocję, drogę muzyki.
Zuza: Cudowne. No to skoro już mówimy o blaskach muzycznego życia… to teraz zapytam o cienie. Czy bycie zawodowym muzykiem to tylko pasmo uniesień i koncertów? Jakie trudniejsze momenty mogą się pojawić? Czy da się na nie przygotować?
Stanisław Rzepiela: To chyba najpiękniejszy zawód świata – bycie muzykiem. Ale wymaga ogromnej determinacji, wytrwałości i umiejętności radzenia sobie z niepewnością. Są chwile zwątpienia, brak stabilizacji finansowej, konieczność ciągłego doskonalenia się. Trzeba umieć sobie poradzić z presją, z tym, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ale jeśli się to kocha – to naprawdę warto.
Zuza: Dziękuję ci bardzo za tę rozmowę. Myślę, że dała naszym słuchaczom dużo do myślenia – nie tylko o komponowaniu czy dyrygowaniu, ale też o tym, czym naprawdę jest droga zawodowego muzyka.
Stanisław Rzepiela: Dziękuję. To była wielka przyjemność.